SMOLEŃSK 2010 r.

KATASTROFA  CZY ZAMACH ?


W okresie przed i po 10 kwietnia 2010
Zaginęli, popełnili samobójstwo, względnie zostali zamordowani:

Stefan Zielonka,
Grzegorz Michniewicz,
Krzysztof Knyż,
Bp. Mieczysław Cieślar,
Marek Dulinicz z żoną,
Dariusz Ratajczak,
Prof. Eugeniusz Wróbel,
Marek Rosiak,

szlaczek-z-roz

Jak wiemy był komunikat o zagrożeniu terrorystycznym wymierzonym w samolot EU (należący do któregoś z krajów europejskich).
Komunikat ten został ogłoszony w Polsce o godzinie 22.00 w piątek 9 kwietnia 2010.

Godzina ta jest osią pewnych wydarzeń o założeniowo przyjętym zakresie:
Od momentu zbiórki, na dworcu kolejowym w Warszawie o godzinie 10.00 tegoż dnia, tej części delegacji, która jechała do Smoleńska pociągiem.
Do poranka dnia następnego, kiedy to ogłoszono fakt zajścia katastrofy lotniczej w Smoleńsku – to jest całe 24 godziny.
Przy czym sam dworzec kolejowy w Warszawie jest tu w tych rozważanych bardzo ważny, jako miejsce przebiegu zamachu.
Bo już w piątek o godz. 10-12 można było tam zatrzymać osoby z listy śmierci i przekwalifikować je na pasażerów Tupolewa. Lub odwrotnie, osoby z listy pasażerów Tupolewa umieścić w pociągu.
Nie musiał to być ten sam pociąg, którym do Smoleńska pojechała większość delegacji. Mógł to być tylko osobny luźny wagon lub jakiś skład, który „miał być dołączony do całości” lub pojechał do Smoleńska.
Tak licząc można przyjąć to, że zamachowcy mieli dla siebie dobę na wyłapanie ofiar, które mogły znajdować się w:
– mieszkaniach,
– biurach,
– podczas podroży środkami lokomocji,
Czy na dworcu w Warszawie wśród innych członków delegacji do Smoleńska, którzy tam jechali pociągiem, etc. Ta 24 godzinna oś czasowa dawała warunki do:
Zatrzymań ofiar, które odbywały się pod pretekstem ochrony delegacji – jako całości -przed atakiem terrorystycznym.
Dokonania przeglądu sytuacji i oceny stopnia powodzenia planu, a zatem podjęcia decyzji o likwidacji porwanych lub ich wypuszczeniu.
Fragmentacji (zmasakrowania) ciał zamordowanych.
Samo formalne ogłoszenie alarmu antyterrorystycznego o godzinie 22.00 było poprzedzone wcześniejszymi nieoficjalnymi informacjami o zagrożeniu, a atmosfera stanu napięcia była spotęgowana różnymi problemami zbliżonej natury, które pojawiły się na parę dni wcześniej, a okazały się fałszywym alarmem, lub podobnymi zdarzeniami.
Samo posłużenie się ogłoszeniem stanu zagrożenia terrorystycznego było wygodnym zabezpieczeniem odwrotu dla zamachowców w przypadku ewentualnego niepowodzenia akcji jako całości.
Zamachowcy zatrzymując swe ofiary czynili to na rozkaz zwierzchników. Ci zaś z kolei przerażeni groźbą ataku terrorystycznego wydali rozkazy, których głównym celem było zapewnienie bezpieczeństwa tak Prezydenta, delegacji jako całości czy delegata w szczególności. Mieli dobre intencje.
Wsadzenie wszystkich do wirtualnego Tupolewa po to, aby dokonać w nim wirtualnej katastrofy, a dopiero w Smoleńsku podrzucić autentyczne trupy członków delegacji, tego nikt by nie wykombinował jako opcji rzeczywistego zamachu na życie tylu ludzi, ani tym bardziej nie udowodnił w sądzie.
Nawet siłowe zatrzymywanie generałów, mogło być jakoś wytłumaczone – dobrem samych generałów – o ile właśnie akcja miała być przerwana i odwołana. Jakiś generał został obezwładniony przez swych oficerów, ale tylko dlatego, że taki były rozkaz antyterrorystyczny.
Alarm okazał się fałszywy i generała wypuszczono, czy można mieć do kogoś pretensje o to, że ktoś jest gorliwy w wykonywaniu rozkazów?
Tak więc fałszywy(???) alarm antyterrorystyczny spowodował środki konieczności, jakie musiano podjąć w stosunku do członków delegacji. Te środki konieczności przez bardzo wiele godzin akcji porywania i więzienia delegatów miały pozory działań legalnych.

Sprawcy mogli wypuścić porwanych i nie można było zamachowcom niczego udowodnić, poza tym, że lubią bawić się w wojsko.
A co najwyżej, dawało jakieś mało poważne perturbacje w karierach. Możliwość powołania się na zagrożenie terrorystyczne – jako usprawiedliwienie środków – było to bardzo ważnym atutem natury psychologicznej, który obniżał próg decyzyjny ułatwiający zgodę na udział w akcji u osób i instytucji, które przezornie analizowały sytuację na okoliczność konsekwencji większego niepowodzenia.
W ramach tego właśnie obniżonego progu podejmowania decyzji, ofiary nie musiały być deklarowane – wobec wielu uczestniczących w zamachu – jako do „zamordowania”, a jedynie do porwania i wywiezienia w odludne miejsce. Zamachowcy sami byli przedmiotem manipulacji – bo tak jest najczęściej.
Aby móc kontynuować dalej, należy zapytać:

Kto lub co -było celem zamachu?
Otóż Prezydent Lech Kaczyński głównym celem zamachu nie był.
Celem zamachu było szybkie i jednoczesne usunięcie ze struktur państwa osób lub grup osób, które były niewygodne dla planowanych zmian w Polsce.

Stołki osób niewygodnych zostały zapotrzebowane dla innych, a to w trybie pilnym. Stąd zbiorowa śmierć w „katastrofie”.
Zamach warszawski, był dalszą częścią zamachu na samolot CASA w Mirosławcu.

Skazanych do likwidacji możemy podzielić na dwie grupy
– wojsko,
– finanse państwa.
I cel – likwidacje – osiągnięto w stu procentach: osoby będące problemem zostały usunięte. Polska nie ma już armii, a jej resztka został zdestabilizowana.
Wolne miejsca na samej górze zostały uzupełnione, a i dodatkowo – co może najważniejsze – uruchomiły lawinę roszad na niższych szczeblach, które to szerokie zmiany całkowicie umykają Polakom spod kontroli. Podobnie stało się z ze strukturami zarządzającymi polskim finansami.
Kiedy zmiany te przyniosą swe namacalne skutki, będzie za późno na cokolwiek.
Wrócimy jednak do przebiegu wydarzeń.

Główny cel uderzenia to jedno, a środki czy kroki podjęte ku temu celowi to drugie.
Jednak w logistyce porwania, to Prezydent był kluczową osobą. To trzeba zrozumieć i zapamiętać. L. Kaczyński został użyty, jako przynęta do rzekomego zgromadzenia (zgrupowania) tych osób, w jednym miejscu, celem rzekomego lotu, który nie miał miejsca.
Zgromadzenia delegacji na lotnisku, które nie miało miejsca, bo nikt tam nie dotarł.
Zgromadzanie to – zgrupowanie – miało jedynie wymiar medialny. Ofiary nigdzie nie zgromadziły się razem, a tym bardziej nie ma mowy o wspólnym wsiadaniu do samolotu. Jak już napisano wyżej, ofiary zostały wyłapane indywidualnie, w okolicach swych domów lub miejsc pracy, po weryfikacji możliwości powodzenia planu gładko zamordowane i partiami wysłane do Moskwy.
O żadnym spotkaniu (zbiórce) na Okęciu, w terminalu nie ma mowy. Powiedzmy więcej, część ofiar sama zgłosiła się prosto w ręce swych oprawców, a to na długo przed planowanym odlotem z Okęcia.

Czy te słowa to fikcja, chora fantazja?

Kluczem do tego manewru był właśnie Prezydent, bo to osoba Prezydenta dawała wszelkie atrybuty lotu do Smoleńska, który miał zgrupować w jednym miejscu wszystkich skazanych do usunięcia. To dzięki niemu – medialnemu spotkaniu w samolocie – można było usprawiedliwić śmierć wszystkich w zbiorowej katastrofie, też w pełni medialnej.
Były do wyboru trzy metody porwania osób delegacji:
– łapać wszystkich – łącznie z Prezydentem – równocześnie, „jak się dało”,
– łapać najpierw szeregowych,
– łapać najpierw Prezydenta.
Wybrano tę ostatnią metodę, jako najbardziej logiczną, bo chronologiczną i hierarchiczną. Ostatni wariant miał tę zaletę, że jakieś częściowe niepowodzenie w polowaniu na poszczególnych członków, nie przekreślało akcji jako całości.
Podczas kiedy błąd w polowaniu na Lecha Kaczyńskiego musiałby doprowadzić do odwołania akcji jako całości. Bo samolot bez Prezydenta nie miał uzasadnienia na lot do Katynia. Gospodarzem lotu był Prezydent, a nie delegacja, to on musiał tam być i to był warunek niezbędny do lotu.
Z tego powodu właśnie trzeba było najpierw „zabezpieczyć” kontrolę nad Lechem Kaczyńskim a potem zająć się resztą.
Nigdy odwrotnie.
Prezydent musiał być (zabezpieczony) już w piątek i to było gwarancją na to, że „główna osoba” „poleci” do Smoleńska, to zezwalało na dalsze podjęcie akcji przejęcia innych osób i to nawet za pomocą środków drastycznych, bo środek ciężkość zamachu, jako całości zaczął przesuwać się w kierunku celu. Dzięki takiej kombinacji można było wybierać członków delegacji tak jakby siecią, a nie wędką, bo było znacznie więcej czasu do działań.
Prezydent niekoniecznie był zamordowany natychmiast.
W/w wymieniony komunikat antyterrorystyczny, zanim dotarł do ogółu o godz. 22.00, był poufnie przekazany urzędnikom prezydenckim, a to celem zapodania tej informacji otoczeniu.
Zagrożenie terrorystyczne usprawiedliwiło niekonwencjonalne podejście do przygotowań ostatnich godzin przed odlotem. W Pałacu „poufnie” przekazano informacje o niebezpieczeństwie, był to szept teatralny. To usprawiedliwiło powstanie sytuacji nietypowych, np. pozostawanie Prezydenta poza Polską, bo jego samolot mógł być właśnie namierzony. Stasiak zadzwonił do Prezydenta będącego „na Litwie” i powiadomił go o niebezpieczeństwie. Powiedział, że wszystko trzeba trzymać w dyskrecji do chwili, aż sprawa „rozejdzie się po kościach”.
Kiedy już ktoś z Pałacu przez resztę dnia nie mógł porozumieć się z Prezydentem, to było to jedynie rezultatem zarządzeń Stasiaka, czyli wszystko się zgadzało.
Stasiak i delegacja jadą do Smoleńska, ale będą pewne zmiany. Informacja o zagrożeniu – pocztą pantoflową – szybko rozeszła się poufnie wśród osób wysoko postawianych także poza Pałacem.
Nadzwyczajne środki przygotowawcze, których nikt nie rozumiał, ale usprawiedliwiał, zostały łatwo użyte do porwania ofiar.
Na dobry czas przed godziną 22.00 skontaktowano się z ofiarami – tymi, których jeszcze nie ujęto – informując je wstępnie o alarmie. Proszono o zachowanie tej informacji w ścisłej tajemnicy.
Osoby, które będą lecieć z prezydentem zostały więc wezwane do wyłączenia telefonów komórkowych po to, aby ew. terroryści stracili wszelki trop, bo telefony bez baterii nie mogą być skanowane przez szpiegów. Sprawa nie jest pewna i nie trzeba wywoływać paniki, nie informować o tym własnych bliskich – aby zaoszczędzić im nerwów.
Najlepiej JUŻ wyłączyć telefon, a i baterie wyjąć, zaś oficer dyżurny JUŻ podsyła delegatowi specjalny samochód, który podwiezie delegata na miejsce lub do innego hotelu, skąd wszyscy bezpiecznie pojada dalej. W ten sposób ofiary te przygotowano psychicznie na niezbędne środki bezpieczeństwa, które były ich śmiertelną pułapką.
Jak nadmieniono, nie jest wykluczone i to, że część osób z listy Tupolewa została poproszona o zrezygnowanie z lotu, a wzięcie pociągu, to jednak w tajemnicy, bo sprawa jest delikatna.
Wszyscy chętnie się zgodzili, bo Polacy są ofiarni. Był to bardzo dobry chwyt, szczególnie w stosunku do tych delegatów, którzy przebywali w hotelach i nie było wokół nich osób bliskich. Osoby te – bez świadków – oddawały się w ręce zamachowców, oficer dyżurny pomógł wyłączyć telefon komórkowy, wyjąć baterie, potem wsiadano do samochodu i ślad się urywał.
Tak toczący się zamach polegający na zbieraniu delegatów był przez wiele godzin w stanie hibernacji, a zachowywał maskę legalnych zabezpieczeń antyterrorystycznych. Przełomem musiała być godzina 22.00.
Był to sygnał zamachowców lub dla zamachowców. Co jest bardzo łatwo zauważalne, wszystkie wielkie media w Polsce informacje te usunęły ze swych archiwów i Google znajduje jedynie link do strony, której nie ma.

http://gazetawarszawska.com/2012/03/07/manfred-adler-wolnomularstwo-a-watykan/


Należy przyjąć to, że właśnie godzina 22.00 przekształciła ochronę antyterrorystyczną w stan autentycznego zamachu.
I to w związku z tą godziną rozpoczęła się faza „bez odwrotu”.
Nie wiemy tego, jak uśmiercono wszystkich członków delegacji. Wiemy jednak to, że niektóre z tych osób, nie nosiły jakichkolwiek znaków uszkodzeń zewnętrznych ciała, co oznacza, ze zostały pozbawiane życia za pomocą broni chemiczno-biologicznej. Biorąc zaś pod uwagę dużą liczbę uśmierceń musiał to być środek mało drastyczny – mamy na myśli: dla samych oprawców. Taki, który zacierał rozpoznawalność czynu.
Przypuszczalnie był to gaz bojowy, który usypiał ofiary. A których później nie obudzono, bo (tak to powinno być) jedna ekipa była od usypiania, a druga do budzenia, a inna do czegoś innego, etc.
W ten sposób rozmywa się odpowiedzialność moralna, co mogło mieć znaczenie i wówczas było wkalkulowane.
Nie jest bez kozery krótkie wtrącenie opisu zasad metod skrytobójstw, jakie stosowało UB lat 70/80. Otóż była wypracowana pewna zasada, kanon; oficer nie miał prawa osobiście wchodzić w kontakt z ofiarą, w sensie wykonywania na niej wyroku.
Obowiązywała surowa zasada zakazu bezpośredniości. Człowiek skazany na zakatowanie przez nieznanych sprawców nigdy nie był uderzony przez milicjantów prowadzących sprawę. Do zadania takiego wybierano innego oficera, ten zaś wprowadzony w zagadnienie dobierał oprawców.
Oprawcami byli najczęściej kryminaliści, a także – bardzo często – sportowcy różnych mało znanych klubów sportowych, lub sportowi emeryci uzależnieni od drobnych datków. Byli to bokserzy, karatecy lub podobne. Ludzie, którzy byli wyćwiczeni w uderzeniu innych. Oprawcy ci byli dość dobrze zaznajomieni z tym drugim oficerem, a nie pierwszym (!) pili razem wódkę, dostawali środki na budowy mięśni i podobne.
Było ważne, aby osoby te były ustawione na kontrolowany wpływ środków psychotropowych. Było to potrzebne, bo taki oprawca spreparowany środkami psychotropowymi, był wcześniej wielokrotnie tresowany przez tegoż właśnie oficera. Podchodząc do konkretnego zadania zachowywał jak dobrze wytresowany wściekły pies, który bezlitośnie szarpie swą ofiarę, ale na głos gwizdka wraca do swego pana bez cienia protestu.
Oficer numer dwa stał często o kilka metrów od mordowanej ofiary, we właściwym momencie podawał komendę „dość” i nakazywał bandycie uciekać do domu. Sam zaś czekał aż przyjdzie inny oficer nr 3, który z go zmieniał i to ten kolejny zmiennik, z daleka obserwował przebieg wypadków; radiowóz, pogotowie, jacyś świadkowie. Baczono, aby ofiara faktycznie zmarła – to łącznie z kontrolą pierwszej pomocy, gdzie ofiary takie dobija się w karetce lub na izbie przyjęć – a sprawcy pozostali nieznani.
Zamachowcy warszawscy, nawet o ile (na tym poziomie logistycznym ) mieli zagranicznych szefów, to te „krajowe” problemy z mordem na delegacji katyńskiej rozwiązywali w podobny sposób. Takich właśnie ludzi, „kandydatów na nieznanych sprawców” musiano użyć do mordu na członkach delegacji.
Byli to dawni sportowcy, ew. bywalcy siłowni, najchętniej samotni etc. Bo oni również zostali skazani na likwidację, a 96 osób ofiar smoleńskich, to jedynie „wierzchołek góry lodowej” tej „logistyki smoleńskiej”.
Masakrowanie ciał ludzkich nie jest zajęciem codziennym i trudno do takiego zadania użyć sprawdzonych specjalistów, bo jest to problem organizacyjny. Musiano postanowić, że rolę zaćpanych psychopatów – z pasją kopiących swe leżące ofiary – spełnią urządzenia przemysłowe – maszyny.
Obecnie jest już znana i stosowana technika spalania ludzkich ciał celem produkowania ciepła do kaloryferów. Techniki do rozszarpywania ludzkich ciał jeszcze nie ma, bo tłuszczu ludzkiego jeszcze się nie wykorzystuje do produkcji np. mydła, trzeba było więc rozejrzeć się wkoło odnoście rozwiązań z innych branż.
Taka branżą, która ma do tego niezbędne usprzętowienie, są typowe zakłady do utylizacji padłych zwierząt. Urządzenia te, to linia do podawania i rozdrabniania padliny.
Linia taka składa się głównie z taśmociągu szerokości do 2 metrów oraz leja, pod którym obraca się ( młyn, rozrywarka), te są zbudowane jako dwa przeciwbieżnie walce wyposażone w noże do szarpania materiału biologicznego. Materiał biologiczny przechodzi przez taką wielką wyżymaczkę z kolczasto- nożowymi wałami i tak jest rozdrabniany.
Rozstaw walów jest regulowany, po to, aby regulować stan rozdrobienia materiału.
Zachodzi bardzo poważne przypuszczenie, że zmasakrowanie ciał ofiar zamachu warszawskiego odbyło się właśnie w takim miejscu. A oto przesłanki:
1. Wszystkie przedmioty osobiste były dotknięte odorem paliwa lotniczego.
2. Przedmioty osobiste ofiar, które były noszone np. w wewnętrznej kieszeni marynarki były
nieuszkodzone, podczas kiedy ciało ofiary zmasakrowane.
3. Mundury generalicji były pozbawione guzików, pagonów etc.
4. Mundur admirała miał zniszczenia, które są trudne do wyobrażenia sobie, jako powstałe w katastrofie lotniczej.
5. Ciała wielu ofiar były nagie.
Czytający ten tekst musi wyobrazić sobie miejsce utylizacji padliny jako halę przemysłową zamkniętą, w której leżą stosy padliny czekające na rozdrobnienie, lub już rozdrobnionej, a czekające na przetop w tłuszcz przemysłowy.
W pomieszczeniu tym, a nawet, na wiele metrów wokół, panuje potworny fetor. Fetor jest nie do zniesienia dla osoby, która ma rzadko do czynienia z takim środowiskiem. Już przy bramie, osoba nieprzywykła dostaje silnych i gwałtownych odruchów wymiotnych, to w takim stopniu, że człowiekowi trudno jest ustać na dwóch nogach.
Otóż fetor ten bardzo szybko przenika wszelkiego rodzaju przedmioty, a likwidacje tej woni jest trudna do usunięcia – nawet gładka blacha śmierdzi i nadaje się tylko do wyrzucenia.
Aby tę woń zabić zastosowano najprostszy możliwy środek dezodorujący, jakim było właśnie paliwo lotnicze, którego obecność agresywnego zapachu – przytłumiającego inne – można było naturalnie i prosto uzasadnić.
Spiszmy jednak po kolei to, co tam w takiej hali mogło zajść.
1.Ciala zabitych wyglądajcie tak „jakby spały” przywieziono do zakładu utylizacji
2. Sportowcy, którzy są siłą roboczą, pod kontrolą oficerów wnoszą ciała. Sportowcy są pod wpływem narkotyków i pewne rzeczy trzeba czynić w specjalny sposób.
Równocześnie prawie wszyscy dostają torsji i powstaje chaos.
3. Oficer, który jest „techniczny” włącza maszyny, sportowcy kładą pierwsze zwłoki na taśmociąg. Przepuszcza się pierwsze ciało przez młyny.
Okazuje się, że:
– młyny źle tną ubrane ciało, bo własności mechaniczne materiałów tekstylnych są zupełnie inne niż tkanki ludzkiej.
– części garderoby wplątują się w części obrotowe maszyny i jest kłopot z ich wyjęciem – ściągnięciem z noży na wałach.
– jeżeli jest to ciało generała ubranego w mundur to zauważano, że maszyna złapała pagony i pourywała guziki, które powpadały na dół i błyszczą się gdzieś w jakiś czeluściach otchłani leja czy zbiornika pod wałami i pod młynem.
Trzeba to wydobyć, bo pracownicy utylizacji, którzy przyjdą do pracy w poniedziałek zdziwią się, kiedy zobaczą pagony lub ordery wśród ochłapów padłych krów, psów i kotów, a kto wie, zaczną się grzebać dalej i znajdą ochłap pochodzenia ludzkiego.
Trzeba to wyciągać. Mordercy razem ze sportowcami wymiotują, przeklinają i robią racjonalizację: ciała rozebrać, guziki i pagony oraz podobne trzeba poucinać. Chaos, nie wiadomo co zrobić ubraniami, czy puszczać obok ciał, czy osobo , czy wcale.
4. Mielone jest drugie lub dalsze w kolejności ciało:
Zauważa się, że i to nie idzie to tak jak trzeba, miazga nie wygląda dobrze – na katastrofę. Dodatkowo, maszyny stają się, w widoczny i łatwo zauważalny sposób, obłożone fragmentami ludzkich szczątków, które trzeba na bieżąco sprzątać. Ludzkie jelita okręcone wokół wałów młyna zaczynają coraz bardziej przerażać, mundur admirała kreci się wokół wałów i też nie można go łatwo ściągać.
Tak sportowcy jak i oficerowie muszą coraz częściej przerywać pracę i wychodzić na świeże powietrze. Któryś z przemyślnych oficerów domyślał się już wcześniej problemów i przezornie wywiedział się, że w takim wypadku, smród i straszny widok najlepiej jest stępić wódką.
Ma parę butelek, zaczynają podpijać, jest może trochej lepiej, ale za to zaczynają być nieco podpici, też źle. Nawet w oczach tych wariatów to wszystko zaczyna wyglądać jak horror albo już jak bramy piekieł.
5. Dowodzący podejmuje decyzje o tym, że masakra ciał musi być przerwana, nakazuje sportowcom sprzątnie, a potem rozkazuje kłaść rozebrane już ciała w szeregu i masakrować je ręcznie, drągami lub łomami, które w takiej hali łatwo znaleźć.
To też nie wychodzi, albo nawet jest jeszcze gorzej niż z młynami, prawdopodobnie nawet pijani sportowcy zaczynają się buntować.. Mogło się okazać, ze niektóre ofiary nie zostały uśpione do końca i zaczynają ożywać. Możliwe, że następuje rejterada.
6. Ciała te, nieobrobione, potłuczone ręcznie, czy miazga ludzkich zwłok, są zapakowane do transportu do Moskwy i tam wysłane.
Możliwe, że niektóre dostarczono do Smoleńska.
Możliwe, że ciała niektórych ofiar – całe „grupy” – nie zostały wysłane do Rosji bo w Moskwie wielu ciał nie znaleziono, a posłużono się jedynie „kodem genetycznym”, który wcześniej pobrano od rodzin ofiar.
Resume
Problem emocjonalny związany z odpowiedzią na pytanie: co zrobiono z ciałami…?
Jest tak silny, że może – u wielu – waży on znacząco na całej ocenie zdarzeń zwanych „katastrofą smoleńską”.

Ludzie już chętniej zgodzą się z kłamstwami o katastrofie, aby tylko nie musieli myśleć o tym, jak te osoby zginęły i jak potraktowano ich ciała.
Jednakże odpowiedzi na te i podobne pytania muszą być udzielone, bo fikcja katastrofy smoleńskiej jest bezsporna, a co wielokrotnie wyłożyliśmy na http://zamach.eu/.
Jest bezsporne to, że zauważone formy obrażenia ciała lub zupełny brak tych obrażeń u zabitych, są zjawiskiem całkowicie sprzecznym z jakimkolwiek przebiegiem jakiejkolwiek katastrofy lotniczej. Jest bezsporne i to, że nagie ciała ofiar nie miały takiego charakteru jak nagie ciało Lecha Kaczyńskiego. Prezydent mógł być celowo poniżony przez rzekome nałożenie mu krawata na szyję, podczas kiedy był całkowicie nagi i rzucony w błoto.
Nagie ciała ofiar to nic innego jak technologia mielenia mięsa, która ofiarom tych ciał – zrządzaniem losu – została zaoszczędzona.

To niewątpliwe, że używano maszyn.
Mundur admirała postrzępiony na dole, stronie lewej i stronie prawej – z pozostawionym środkiem – wykazuje wyraźnie, że nie było to uderzenie od katastrofy. Zniszczenie od uderzenia katastrofy nie daje takiego postrzępienia, które wyraźnie odzwierciedla cykliczność procesu szarpania, mundur ten zakręcił się na części maszynowej, która wykonywała wielokrotne ruchy obrotowe. Tę właśnie cykliczną obróbkę widać na mundurze.
Nie wiemy, dlaczego proces mielenia przerwano, domyślamy się, głównym czynnikiem musiał być – problem technologiczno – ludzki, maszyny nie dawały takiego efektu jak trzeba, a ludzie też nie.
Odwołujemy się raz jeszcze do godziny 22.00, aby na koniec podkreślić to, że nie jest taki pewne to, co ten alarm oznacza.
Raport MAK o katastrofie w Smoleńsku to jedyny uczciwy dokument, jaki do tej pory administracja ujawniła. Uczciwość raportu polega na tym, że w sposób absolutnie rażący, rzucający się w oczy każdemu, przedstawia się jako oczywisty fałsz.
Nikt, kto ma zdrowy rozum, nie traktuje tego poważnie. Ta niewątpliwie skrajnie prowokacyjna postawa wobec administracji folksdojcza, musi coś oznaczać. Coś nie wyszło tak, jak miało być.

szlaczek-z-roz
Christus Rex

Żródło: Krzysztof  Cierpisz

http://zamach.eu/110416/Untitled_1.htm


Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s